
Gdybym za każdym razem, kiedy piszę lub mówię „nie ufajcie korporacjom”, dostawał złotówkę, prawdopodobnie byłoby mnie dziś stać na zakup dowolnego tytułu w dniu premiery. A i tak w dzisiejszych czasach musiałbym mieć ogromne szczęście, by trafić na produkcję, której cała zawartość faktycznie znajduje się na fizycznym nośniku.
Wybieram wygodę i zupełnie się tego nie wstydzę.
Zacznijmy ten tekst od kilku słów prostej, ale szczerej prawdy. Mam nadzieję, że dzięki temu rozjuszony motłoch nie ruszy na mnie z pochodniami jak na ogra z bagniska w słynnej bajce DreamWorks. Mam trzydzieści lat i wyżej cenię sobie własny komfort niż szafki zawalone plastikowymi pudełkami. Płytki w dużej mierze stały się dziś po prostu magnesem na kurz, a nie obiektem westchnień konesera, który dumnie nazwie to „kolekcją”. Tylko co mi po niej, skoro obecnie znacznie łatwiej (a w przypadku Steama często i taniej) jest po prostu pobrać grę z serwera? Trafia do nas produkt od razu zaktualizowany, bez zbędnej loterii i niepewności, czy płyta w ogóle bezproblemowo odpali w napędzie.
I nie chodzi wcale o to, że wierzę w mityczną degradację płyt, o której w sieci krążą legendy. Po prostu dotarłem do takiego punktu w moim growym życiu, w którym liczą się przede wszystkim czyste doświadczenie, fabuła i wspomnienia, jakie niesie ze sobą historia. Sama forma, w jakiej gra fizycznie egzystuje w moim domu, zeszła na dalszy plan. Nośnik to w końcu tylko nośnik.
Doskonale rozumiem, że gracze powinni mieć wybór między cyfrowym kodem a fizyczną płytą. Coraz częściej mam jednak wrażenie, że w tym całym „giereczkowie” same gry i płynąca z nich radość spadły na boczny tor. Dziś znacznie łatwiej o światopoglądową wojnę plemion niż o rzetelną, merytoryczną debatę – choćby o tym, dlaczego nowy Assassin’s Creed to ciekawy ruch ze strony Ubisoftu albo gdzie podział się ten dawny Blizzard, dla którego premier potrafiliśmy stać pod Empikiem o trzeciej nad ranem.
Jako psycholog doskonale rozumiem potrzebę zbieractwa rzeczy, które są dla nas cenne i sentymentalne. Prawda jest jednak taka, że gdybyśmy musieli ratować przed pożarem siebie i swoje zbiory, większość bez wahania wybrałaby własne życie. I choć to scenariusz skrajny, przypomina o jednym: nikt nie odbierze nam naszej tożsamości graczy.
Zła korporacja zawsze szuka zysku i nie dba o konsumenta. Nigdy zresztą o nas nie dbała. Monetyzacja została po prostu sprytnie ukryta za parawanem wygody. Dla wydawcy wygenerowanie klucza jest przecież nieporównywalnie tańsze i prostsze niż tłoczenie płyt i logistyka – zwłaszcza że finalny produkt i tak wymaga premierowej łatki. Standardowy cykl wygląda dziś tak: przechodzimy grę, usuwamy ją z dysku, a plastikowe pudełko ląduje na półce, bo „ładnie wygląda”, podczas gdy żona denerwuje się, że w mieszkaniu powoli brakuje na cokolwiek miejsca.
Możemy stać z widłami i skandować pod siedzibami EA, Ubisoftu czy CD Projektu, że pudełka są dla nas kluczowe. Prawda jest jednak taka, że to nie plastik ma znaczenie. Liczą się opowieści, które czynią naszą codzienność znośniejszą, oferując bezpieczną formę eskapizmu od szarej, monotonnej rzeczywistości. Żyjemy w świecie, w którym cyfrowe dobra kulturowe nie należą w pełni do nas i raczej nic już tego nie zmieni. W ostatecznym rozrachunku głos rozsądku i tak przegra z wygodą abonamentów.
Świat się zmienia, a wraz z nim współczesny odbiorca popkultury. Pudełka są świetne, bo dają namacalne poczucie, że to, co dla nas ważne, istnieje fizycznie. Jednak w gruncie rzeczy wciąż chodzi o zawartość, a ta – nawet na płycie – prawnie nigdy nie staje się naszą własnością.
Choć należę do pokolenia, które doskonale pamięta przepisywanie kodów weryfikacyjnych z papierowych książeczek, napiszę Wam jedno: gry pozostaną grami. Nośnik to tylko ścieżka do odkrycia kolejnej wielkiej przygody, po której będziemy albo zachwyceni, albo wściekli na studio, że śmiało dać nam coś niezgodnego z naszą osobistą wizją.
Możemy walczyć o fizyczne wydania niczym rycerze poszukujący Świętego Graala. To wspaniała forma przygody i jednoczenia się pod wspólną banderą, ale nie cofniemy biegu rzeki. Cyfryzacja dystrybucji jest faktem. Królestwo pachnących nowością pudełek, kryjące wiedzę i wspomnienia niczym Biblioteka Aleksandryjska, wciąż gdzieś tam majaczy na horyzoncie, choć istnieje ryzyko, że zniknie tak szybko i tajemniczo jak Atlantyda. Taka może być kolej rzeczy – co wcale nie oznacza, że powinniśmy bezwiednie i bez walki pozwolić płytom odejść w całkowite zapomnienie.